Fotografia ślubna nie jest sztuką
Uważam, ze fotografia ślubna nie jest sztuką – a raczej obowiązkiem, z którego należy wywiązać się wobec rodziny. To nie papierek, akt ślubu w jej oczach czyni parę małżeństwem, ale właśnie fotografia ślubna, na której on i ona wygięci w dziwnych pozach wpatrują się w kamerę. Fotografia ślubna to wspaniale wystylizowana pani, która uśmiecha się niezależnie od tego, czy jest jej do śmiechu i mężczyzna, sztucznie elegancki, nawet jeśli na co dzień nigdy nie nosi garnituru. A babcie i ciocie zachwycają się – ach, jak romantycznie przedstawia ich ta fotografia ślubna! I pokazują ów cukierkowy dowód zawarcia małżeństwa sąsiadkom i znajomym, ociekając dumą. W albumach rodzinnych fotografia ślubna zaczyna wyglądać naturalnie dopiero po latach. Kiedy stroje noszone przez młodych przejdą już do lamusa a twarze ich samych pokryją się zmarszczkami. Wtedy dopiero fotografia ślubna zyskuje wartość dokumentalną – jest jednak dokumentem przede wszystkim pewnej konwencji, pewnych póz właściwych dla momentu, gdy ją robioną. Dzisiaj fascynuje nas fotografia ślubna z okresu miedzywojennego, zachowana w sepiach. Fotografia ślubna z pierwszej połowy dwudziestego pierwszego wieku, jeszcze 2d (chociaż czasem HD) pewnie będzie wzbudzała podobne sentymenty za jakieś pięćdziesiąt, siedemdziesiąt lat. Tak przynajmniej należy liczyć ten okres. A na razie współczesna fotografia ślubna niech leżakuje w albumach, czekając na lepsze czasy.
